To był dobry dzień.

Ponoć ból jest chwilowy, a chwała wieczna. Ta przywodzi mi na myśl żołnierzy szarżujących na wroga broniącego się za zasiekami w okopach lub kobietę krzyczącą w bólach porodowych na chwile przed cudem narodzin.

Coś chyba jednak poszło kolejny raz nie tak.

Dzisiaj poziom sprawianego sobie bólu stanowi często o wartości człowieka. Im więcej wycierpi tym bardziej jest wartościowy, a jego czyn słuszny i chwalebny. W sumie to nie dziwi, w kraju, w którym dąży się do tego by przeżywać na  nowo, co miesiąc katastrofę lotniczą, kilkukrotnie wykopuje się z grobowców martwych królów.. tfuu prezydentów, a jedynie filmy martyrologiczne uznawane są za arcydzieła. 

Mimo narzucanej przez codzienność i media społecznościowe presji postanowiłem się postawić i żyć bez bólu – przynajmniej bez tego fizycznego i cieszyć się sportem po prostu i o to też biega w tym blogu.

Zapowiadał się dobry dzień, dniówka w pracy minęła szybko i… bezboleśnie 😉 Później przyjęcie urodzinowe syna. Po tym szybki trening na siłowni – 45min, bo na cholerę dłużej i jazda do Lisowic, w których od godziny 18 odbywał się 24-godzinny Kwietny Bieg. O samej idei biegu poczytacie na Internecie, bo warto się w niej troszkę bardziej zagłębić jednak nie o tym miał być dzisiejszy wpis.

Walka na trasie trwała już w najlepsze. Po ok 3 godzinach kilku zawodników miało już w nogach ponad 30km a pozostawało jeszcze 21 godzin do końca batalii. Przyjechałem na miejsce bez konkretnego celu. W sumie to chciałem spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i znajomymi z którymi na co dzień trudno się spotkać. Po rejestracji i odbiorze pakietu startowego ruszyłem spacerem na trasę. Po przejściu 3 pętli, czyli ok. 4 km.. zszedłem z trasy i szczerze mówiąc nie za bardzo miałem ochotę kontynuować. Chipa liczącego okrążenia jednak nie oddałem. Noc w sumie zeszła mi na rozmowach i czasie spędzonym pośród znajomych – na trasie i poza nią, czasem ktoś poczęstował piwem. To była dobra noc.

Nad ranem około godziny 4 przejąłem szarfę chorążego na godzinę, gdyż jeden z moich kolegów nie mógł biec akurat w tym momencie, a zależało nam, żeby utrzymać ciągłość sztafety przez 24 godziny. Czekając w strefie zmian pomyślałem sobie, ze pobiegnę. Co w tym niezwykłego? W sumie nic, bieganie jest naszym naturalnym ruchem z tym, że generalnie nie biegałem od ponad roku, no może przetruchtałem się kilka razy w tym czasie, a związane jest to tym jak się możecie domyśleć na podstawie wcześniejszych wpisów rozwaloną łąkotką i zanikiem więzadła krzyżowego i paroma innymi uszkodzeniami w moim lewym kolanie.
Przejąłem szarfę i chip sztafety i po paru krokach zacząłem biec, choć tempo w okolicach 6:30-6:40min/km nie było jakieś powalające. Przez cały czas starałem się pilnować techniki biegu – na palcach, linia kolan podążająca za linia stopy, które starałem się ustawiać równolegle. Efekt? Godzina biegu bez bólu! Czysta radość z pokonywania kolejnych metrów.
W ten sposób pokonałem później jeszcze kilka okrążeń m.in. będąc jednym z chorążych głównej sztafety Kwietnego Biegu. Wszystko to w zwykłych trampkach z Adidasa z płaską podeszwą. Bez amortyzacji, bez bajerów – wszak stopa ludzka jest doskonałą konstrukcją i jedynie „cywilizacyjny” styl życia i marketing firm sportowych jest w stanie ją rozleniwić i sprawić, że nie będzie w pełni funkcjonować w swojej mocy. Łącznie pokonałem ponad 45km – 50% spacerując i 50% biegnąc. To był dobry dzień.

Jak to było możliwe mając „rozwalone” kolano?
No cóż… w sumie od marca zeszłego roku szykuję się na operację, która z racji finansowania z NFZ pewnie się opóźni… A wygląda to tak:

  • codzienna praca nad postawą: stopy stabilnie postawione na ziemi, spięte pośladki, wciągnięty brzuch, spięte łopatki, uszy w jednej linii z barkami. Później progresja do deski (na przedramionach, bokiem) i  ćwiczenia typu carry: farmer walk, cross walk, suitcase walk.
  • praca nad tkankami czyli rozluźnianie mięśni i ścięgien za pomocą rolowania. Eliminacja punktów spustowych, praca na powięziach i wiele innych aspektów fizjoterapii –  tutaj ogrom pracy wykonał Jarek Pokaczajło
  • przywracanie stabilności i zakresu ruchu w stawach poprzez rozciągnie, trening funkcjonalny oraz mobility
  • stopniowa eliminacja z diety produktów antyżywieniowych i prozapalnych.
  • probiotykoterapia i suplementacja m.in. Omega 3, witamina C, D3K2-MK7, ZMA (cynk, magnez, witaminy z grupy B) itd.
  • odstawiłem tez zupełnie maści i leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Lód nie ma kontaktu z moim ciałem 😉
  • trening siłowy oparty na funkcjonalności danego ruchu czyli wyciskanie w pionie i poziomie, przyciąganie w pionie i poziomie, zgięcie biodra i kolana, lokomocja. W ogóle nie trenuje kulturystycznie, czyli nie izoluję pracy konkretnych mięśni mając na celu jedynie ich przyrost. Zaczynałem od treningu bez sprzętu ewentualnie z taśmami oporowymi by teraz np. dźwigać w klasycznym martwym ciągu ponad 100kg.
  • staram się wysypiać, być dobrze nawodnionym przez cały dzień i zacząłem przykładać więcej uwagi do sposobu w jaki oddycham.

Dzięki codziennej pracy nad swoimi słabościami udało mi się znacząco poprawić moja sprawność i siłę. Maratonu jeszcze nie przebiegnę, bo tutaj naprawdę potrzebna jest operacja łąkotki, ale co jakiś czas mogę cieszyć się bieganiem. Bieg się skończył. Medal zawisł na mojej szyi, certyfikat Kwietnego Biegu odebrałem. Jedynie trochę bolały odzwyczajone od takiego rodzaju wysiłku mięśnie. Kolano się nie odzywało i nie odzywa się z bólu do dzisiaj.

Ciekawe ilu z uczestników Kwietnego Biegu może dzisiaj tak powiedzieć… Posty chwały przeminęły, zasypane innymi na fejsbukowej ścianie…a ból…? Może okazuje się przewrotnie, że chwała biegu amatorskiego przemija, a ból bioder, kolan, ścięgien pozostaje…? W każdym razie to był dobry dzień.

Wieczorem na mieście barmanka podała butelkę piwa i Desperadosa. W szkle tej drugiej odbijał się obraz czerwonych ust. Z boku dochodził zapach kobiecych perfum. Wieczór też zapowiadał się dobrze…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *