Święty Mikołaj nie istnieje!!!

Dzisiaj emocjonalnie, więc krótko (postaram się skończyć w jednej części 😀 ).
I krótko, bo emocjonalnie.
I z grubej rury…
…bo emocjonalnie 😛

I na tym żarty się kończą, przechodzimy do konkretów.
Siema! Z tej strony Grinch, świąt nie będzie!

Mimo, że ciężarówka z gazowanym napojem wciąż jedzie i jedzie, a reklama wciąż leci i leci…
No i właśnie! Tutaj chciałbym się chwileczkę zatrzymać.

O co biega???
O świat reklam i postawy ludzkie, które za sobą ciągnie.
Przykładów można by mnożyć.
Na początek wymienię tylko te, które najszybciej wykręcają mi nadgarstki, a mianowicie: cudowne maści i proszki, które mają w dwa dni nadrobić kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięcioletnie zaniedbania i brak systematyczności w kwestii ruchu, prehabilitacji, regeneracji i rehabilitacji.
Dalej;
pigułki usprawniające pracę wątroby, trzustki, serca, trawiące za nas i odchudzające, mimo braku aktywności fizycznej i wrzucania w siebie pustych kalorii w ilościach hurtowych.

Chcesz zjeść gówno, zjedz, my wybudujemy z niego pomnik, tylko zapłać – taka treść reklamy nie zdziwiłaby mnie w ogóle…
I stawiają nam pomniki, ale na nasze nagrobki…bo mnóstwo ludzi łyka to wszystko jak pelikan.

Czy powinno mnie to dziwić?
W sumie niekoniecznie, biorąc pod uwagę charakterystykę naszych czasów.
Na porządku dziennym jest postawa w stylu „zrób to za mnie, ja poleżę”. Rozpisz mi po koleżeńsku dietę i mnie pilnuj, daj mi linka, a najlepiej to „poczytaj mi mamo”, a w sumie to nie chce mi się nawet słuchać, podaj wnioski, streszczenie wbij do głowy, no i wypadałoby, żebyś jeszcze zrobił za mnie zakupy i ugotował. Z jedzeniem już sobie jakoś poradzę, tylko „nie przesól zupy, bo wiesz…” – nastała era fixów i zbiera swe żniwa.
Cytując jednego z oldskulowych klasyków; „w koło wariaci i weź tu kurwa bądź normalny…”

Ale to nie wszystko!!!

Są gorsze przypadki. Przypadki tzw mędrków – złodziei czasu – poszukiwaczy alibi.

I szlag mnie jasny trafia, kiedy przychodzi jeden z drugim, niby to szukając pomocy i rozwiązania, a na prawdę poszukując potwierdzenia swoich „prawd”. I jeszcze potrafi się taki obrazić, że nie powiedziałeś mu tego, co chciał usłyszeć (chociaż zna doskonale moje stanowisko w danej kwestii).
Przykro mi bardzo (a w sumie to wcale), nie ma dróg na skróty! Święty Mikołaj nie istnieje! A jeśli twierdzisz inaczej, nie marnuj czyjegoś cennego czasu, w którym mógłby pomóc/doradzić dziesięciu otwartym osobom. Jeśli natomiast masz ochotę marnować swój, droga wolna, kierunek Alaska i szerokości! Pozdrów renifery i nie do zobaczenia, bo brodatego będziesz szukał do usranej śmierci.

Nikt kto zapracował na perły, nie będzie nimi rzucał w błoto. Po prostu są zbyt wiele warte.

W życiu nie ma nic za darmo. Niestety. Kosztem rozwoju jest ZAWSZE wysiłek i zaangażowanie! Nie ma cudownej, magicznej różdżki (i bez skojarzeń proszę 😛 ), za dotknięciem, której zmienimy naszą naturę i przeznaczenie. Wszystko jest kwestią wiedzy, mądrej, ciężkiej pracy, żmudnej konsekwencji i umiejętności wyciągania wniosków. Szczególnie jeśli chodzi o optymalizację kwestii prozdrowotnych.

Człowiek w dzisiejszych czasach przyzwyczaił się natomiast do łatwostrawnej (czy aby na pewno?!) papki i woli wierzyć w cudowne pigułki (i nie mam na myśli pigułki gwałtu 😛 ). Szuka dróg na skróty i uproszczeń, które faktycznie nimi nie są i wyłącznie komplikują.

I tak na przykład; coraz częściej słyszy się o złym wpływie mleka i jego przetworów na zdrowie (pomijając już fakt, że to co mamy w sklepach, to zupa z trupa i z mlekiem ma niewiele wspólnego). Usłyszy jeden z drugim słowo – klucz; LAKTOZA, potem usłyszy rozwiązanie; LAKTOKONTROL i jest hepi!
Poważnie? To takie proste? Ja rozumiem, że laktoza to dwucukier, który składa się z glukozy i galaktozy i że technologia jest na tyle zaawansowana, że można go rozbić, bądź całkowicie wyeliminować.

Nie pomyślałeś jednak ziomeczku, że twój organizm nie jest idiotą i nie przypadkiem reaguje w ten sposób? Poza tym mleko ma więcej problematycznych kwestii, takich jak ciężkostrawne, często alergizujące frakcje białek. Do tego same procesy technologiczne, wypełniacze, barwniki w pigułach – cud, są często dalekie od naturalnych i pożądanych przez nasz organizm. I nierzadko dużo bardziej szkodliwe niż przykładowo sama laktoza.
I jak to tego typu środki, zazwyczaj na jedno pomoże, na dziesięć innych kwestii zaszkodzi.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że najlepszym źródłem jakichkolwiek substancji odżywczych jest żywność. Niestety, jaką żywność w tej chwili mamy, każdy wie i nie będę się na ten temat rozpisywał. Wszyscy zainteresowani tym tematem, zdają sobie sprawę, że żywność do jakiej przeciętny człowiek ma dostęp, jest bardziej źródłem problemów zdrowotnych, niż źródłem zdrowia. Według mnie, żadna suplementacja nie jest lepsza od zdrowej żywności, ale żyjemy w czasach, kiedy poleganie tylko na środkach odżywczych, jakie mamy w żywności, źle się dla nas kończy. STĄD SUPLEMENTACJA JEST ZŁEM KONIECZNYM.
Jerzy Zięba – Ukryte terapie.

Pan Jerzy jest osobą mocno kontrowersyjną. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Ja staram się być po środku, a nawet lekko z boku, zachowując trzeźwe spojrzenie i dystans. Z tego co widzę, zdarza mu się przypierdolić tzw kapelucha i są rzeczy, z którymi się kompletnie nie zgadzam. Porusza też jednak wiele istotnych kwestii jak chociażby ta powyżej.

Podpisuję się pod nią rękami i nogami i popieram w 100%. Jest tylko jedno „ALE”… i to wcale nie małe. „ALE”, które pomija 90% amatorów supli, chociaż powinna to być oczywistość, bo…

Jak sama nazwa wskazuje – SUPLEMENT DIETY, a nie substytut, zamiennik, czy magiczna dieta w postaci tabsa, czy też soku z gumijagód (co z resztą zostało w powyższym cytacie zaznaczone).

Należałoby jeszcze dodać, że możesz się napizgać pewnymi specyfikami i w ogóle ich nie przyswoić. Weźmy np newralgiczne witaminy; A, D, E, K, które są rozpuszczalne w tłuszczach. Co z tego, że nafaszerujesz się nimi, skoro nie dostarczysz w diecie odpowiedniej ilości, odpowiednich tłuszczy, które są decydujące w kwestii ich przyswajalności? Czy muszę odpowiadać?

Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że kluczową kwestią jest też forma w jakiej przyjmujemy dane witaminy. Jako, że w dzisiejszych czasach powszechną kwestią są problemy z metylacją (mutacja genu MTHFR), jeśli przykładowo witaminy z grupy „B” nie są przyjmowane w postaci zmetylowanej, mogą się kumulować w organiźmie jako toksyny i wyrządzić faktycznie więcej szkody niż pożytku.
Ale to tylko taka „ciekawostka” na zamknięcie tej kwestii.

Weźmy teraz na tapetę środki przeciwzapalne, bo jest to obszar, w którym człowiek wybitnie działa od dupy strony.

O co biega???
A no o to, że wrzucamy w siebie kosmiczne ilości produktów prozapalnych, by potem wiadrami zarzucać przeciwzapalne. Jaki jest w tym sens? Nawet jeśli są to środki naturalne, chyba tylko taki, żeby wywalić siano w błoto i dać popracować chociażby wątrobie.

Ja nie wiem, ale dla mnie osobiście pierwszym krokiem w tego typu kwestiach jest eliminacja, bądź ograniczenie przyczyny, by móc uderzyć w punkt, usuwając również skutek.

Skoro do swojego zlewu czy kibla, nie wrzucasz rzeczy, które nie są przewidziane przez konstruktorów, dlaczego chciałbyś takowe wrzucać w siebie?
Przecież nie upychasz do muszli śmieci z nastawieniem; mam kreta, przepychacz, czy hydraulika pod ręką, to co mi tam. Niech się zatka, od tego to jest.
To coś jak pić truciznę, bo przecież mam antidotum. Tylko jaki jest sens sobie szkodzić, by potem się leczyć?
Pozostawię to bez odpowiedzi…

Dodam natomiast, że stosowanie leków typu NLPZ, szczególnie w dłuższej perspektywie, rozwala nam doszczętnie mikroflorę jelitową. Mikroflorę, która odpowiedzialna jest nawet za 70 – 80% naszej odporności! I znowu błędne koło.
Mówiłem, że magiczne pastylki Świętego Mikołaja nie istnieją, zawsze jest jakiś haczyk (np taki, że Mikołaj nie istnieje, to jak mają istnieć jego pastylki? 😀 )

Najczęściej słyszanym alibi i wytłumaczeniem, przeciwko zmianie diety i stylu życia, obok braku czasu jest brak hajsu.

Na magiczne tabsy jak widać znajdzie się zawsze. I powiem Ci jedno – PRZEPŁACASZ!

Parafrazując słowa Dawida Białowąsa z Barbell Kitchen, powiem tak;

Bawiąc się lekami, dzięki którym zmieniają się cyferki w naszych wynikach, zapominamy o jednej rzeczy; one nie zmieniają naszego trybu życia.

Kolejnym absurdalnym przykładem z serii, będzie chociażby żywność bezglutenowa z pszenicy(!!!), która notabene ma tyle ulepszaczy, że lepiej byłoby już zarzucić ten gluten. Nie wspomnę już o tym, że dzisiejsza pszenica sama w sobie jest tak „ulepszona” i naładowana lektynami, że nie wiem jak tego typu produkty skomentować. A jak na dodatek słyszę o bezglutenowych produktach z ryżu, który przecież glutenu nie zawiera naturalnie, myślę sobie WTF?!

Ludzie to jednak kupują, bo wolą szukać magicznej receptury, zamiast poszukiwać wiedzy.

Zrobiliśmy się strasznie wygodni, wygodni, a przy tym wybredni. Choć szkoda, że ta nasza wybredność nie dotyczy jakości, tylko zachcianek i powierzchownego błysku.

Chcemy mieć wszystko podane na tacy, uważamy, że wszystko należy nam się z góry i jednocześnie chcemy trzymać dwieście srok za ogon (sam się na tym nieraz łapię), ale w życiu tak nie ma. W życiu jest zawsze „coś za coś”…choć nie zawsze od razu nas o tym uświadamia.
W przyrodzie jednak nic nie ginie, rachunek przyjdzie zapłacić zawsze. Prędzej czy później, mniej lub więcej, ale ZAWSZE.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *