Rób więcej, żryj mniej, a załamanie metaboliczne. Cz. I : Amatorski wyczyn.

Pomijając wiek młodzieńczy, gdzie chyba każdy z nas chciał zostać; piłkarzem, karateką, bokserem etc, mało kto w okresie pełnej odpowiedzialności, zwanej dorosłość, świadomie rozpoczynał aktywność sportową z nastawieniem na wynik, sukces, wyczyn.

Cel startowy większości amatorów wysiłku fizycznego jest często prozaiczny, chodzi konkretnie o to, by pozbyć się odrobiny balastu i poczuć się nieco lżej i swobodniej we własnym ciele.Jakby nie patrzeć, stanowi to zazwyczaj główną motywację (daleko nie trzeba szukać – patrz założyciel bloga w dziale O AUTORACH 😉 ).

I to właśnie tematem popularnego dziś odchudzania (nie cierpię tego słowa), będę się chciał głównie zająć. Ale wszystko po kolei…

„NADGORLIWOŚĆ JEST GORSZA OD FASZYZMU”

Powiedzonko to zna chyba każdy. Nie każdy jednak zauważa, że takimi „faszystami” bywamy najczęściej my sami… i to wobec siebie samych, a konkretnie wobec własnego zdrowia.
Żyjemy w świecie fixów, fast foodów, szybkiej obsługi, szybkich samochodów, szybkiego sexu i internetu, mamy więc tendencję do upraszczania i szukania dróg na skróty (i nawiasem mówiąc, komplikowania gdy potrzebna jest prostota).

W kwestii, którą poruszam wygląda to przeważnie tak; jestem dwa razy grubszy od innych, to dopierdolę podwójnie!
No to lecim; najpierw siedział jeden z drugim wbity w kanapę przez dwa lata, gdzie jakakolwiek aktywność fizyczna ograniczała się do „skipu” kciuka po pilocie, podnoszenia ciężarów od kilku do kilkudziesięciu procent na wysokość ust, plus dieta wysoko węglowodanowa; paluszkowo – chipsowa. Aż tu nagle… zagotował się czajnik, zaiskrzyła żarówa i wyskoczył genialny pomysł – „MUSZĘ COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ!”.

Ok! Ale co? Na bank pójdę biegać! Tyle cieniasów wrzuca na fb swoje trasówki, to ja nie dam rady??? Przygotuję się do maratonu!!!
Trza by jeszcze pomyśleć nad jakąś szamą. Zenek spod trzepaka ma zajebistą tarkę na brzuchu, zarzuca dietkę 1500kcal, czyli działa! Będzie gitara! Nie ważne, że Zenek jest z metra cięty i ma dupę jak dwa ziarnka pieprzu, a ty około 180cm wzrostu i waga na dziś dzień waha się między 90 a 100. U Zenona działa – u mnie też musi.
Żarcia tyle co kot napłakał, ale twardy jestem, poza tym w ramach relaksu i rekompensaty sieknę sobie co wieczór browarka… no może trzy… no dobra pięć, przecież browar to nie alkohol – polska myśl szkoleniowa.
Ałaaaaaaaaaa…
Kości, stawy, ścięgna, mięśnie, przyczepy płaczą wniebogłosy, płaczą też hormony i metabolizm.

O TO NIE BIEGA!!!

Nie przytyłeś w tydzień, nie oczekuj, że w tydzień zrzucisz…
Nie ćwiczyłeś dwa lata, nie oczekuj, że to w dwa tygodnie nadrobisz…

Ale przecież…

SPORT TO ZDROWIE!!!(???)
Może i tak, ale termin ten kończy swoją ważność w momencie, w którym zaczyna się sport wyczynowy. Albo kiedy amator próbuje trenować jak wyczynowiec.

W tym drugim przypadku dla zdrowia, bywa to szczególnie niebezpieczne (i często po prostu głupie). Tym bardziej kiedy głównym założeniem jest; „rób więcej, żryj mniej”, zastosowane z marszu w skali jeden do jednego.

(Na dowód, że „SPORT TO ZDROWIE”, brazylijska zawodniczka UFC w katorżniczym zbijaniu wagi przed walką – video.)

Nie będę odkrywczy kiedy powiem, że profesjonalny sport to przede wszystkim biznes. Tutaj wynik(pieniądz) jest ponad wszystko, nie ważne jakim kosztem (rodzina, zdrowie fizyczne, psychiczne). Tutaj biega o przełamywanie ludzkich barier i możliwości, bicie rekordów, chwałę i pieniądze. To są współczesne igrzyska, współcześni gladiatorzy, tu wszystko trzyma cienka nić (metafora jest chyba wystarczająco wymowna i nie trzeba jej rozwijać).
I nie oszukujmy się;

WSPOMAGANIE FARMAKOLOGICZNE WSZELKIEJ MAŚCI W SPORCIE WYCZYNOWYM JEST NA PORZĄDKU DZIENNYM.

My natomiast mamy tendencję do szybkiej podniety i podpalania się jak słoma w obliczu wszechobecnego fit – bełkotu – sukcesu. I na dodatek nierzadko widzimy tylko to, co chcemy widzieć.

I tak ze skrajności w skrajność; z jednej strony kładziemy na wszystko lachę, na powiedzmy dwa lata – co jak wiemy nas niszczy, by później dopełniać systematycznie dzieła zniszczenia, zajazdem na niezaadaptowanym organizmie (co może zaprowadzić do pierwotnej skrajności, tym razem z konieczności).

PRIORYTETY
To jest to, co powinno odróżniać profesjonalnego sportowca od amatora.

O co biega? A no o to, że dla jednego jest to „chleb”, zapewnienie bytu, by nie powiedzieć zawód (no tak, wielu się zawiodło 😛 ). Natomiast dla amatora powinno mieć to głównie znaczenie prozdrowotne.

Niestety tendencja jest jaka jest i najczęściej wygląda to tak, że z poziomu zero (a często mniej niż zero) zaczynamy się katować, masakrować, zajeżdżać, bo tak jest modnie, cool, menciu i trendy. Pytanie tylko; JAK TO SIĘ MA DO TWOICH CELÓW I PRIORYTETÓW?

Motywacja motywacją, ale musi być ugruntowana w podstawach i adekwatna do aktualnego stanu rzeczy. I choć jest ona niezbędna, na samej ambicji daleko nie zajedziesz. A na chorej ambicji na bank, prędzej czy później, zaliczysz czołowo, bliskie spotkanie z betonową ścianą.

CEL
Celem było schudnąć i poprawić sylwetkę, więc już gołym okiem możemy sobie stwierdzić, że w wyniku przemotywowania i ślepego galopu, gdzieś nam się zatracił.

Tak więc „blacha na odmuł”.

Na dzisiaj to koniec. Po więcej konkretów w temacie „Cel – odchudzanie”, zapraszam do części II, za jakiś czas.

Piona! 😉

 

image sources

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *