… jak gry wideo.

Dopamina –  głównym neuroprzekaźnik układu nagrody w mózgu, któremu anatomicznie odpowiada obszar nakrywki brzusznej (VTA) dający projekcje do układu limbicznego. Wspólnie tworzoną one szlak mezolimbiczny. Niezwykle ważną rolę odgrywa tutaj jądro półleżące przegrody (NAcc), które składa się z tysięcy dopaminergicznych neuronów [ależ początek, prawda? 😛 ]. Uważane jest ono za mózgowy ośrodek przyjemności. Farmakologiczne zahamowanie jego aktywności prowadzi do utraty zdolności odczuwania przyjemności zwanej anhedonią. Potwierdzono doświadczalnie, że uczucie zadowolenia związane z jedzeniem, zakochaniem, a także przyjmowaniem substancji psychoaktywnych wiąże się ze wzrostem wydzielania dopaminy właśnie w tej strukturze mózgu. Przykładowo smaczne jedzenie skutkuje wzrostem ilości wydzielanej dopaminy o około 50%, konsumpcja alkoholu o około 200%, a narkotyczne środki pobudzające (amfetamina) nawet o 1000%!(źródło: neuropsychologia.org)


Jakiś czas temu miałem okazję porozmawiać z człowiekiem, który zna branżę gier mobilnych i przeglądarkowych od podszewki. Opowiadał mi o tym jak w oparciu o psychologię i niejako biochemię ludzkiego mózgu tworzy się takie gry.

Każda niemal gra posiada poziomy, które się przechodzi, bądź osiąga rozwijając naszą wirtualną postać, miasto, farmę czy np. broń typu czołg. Pierwsze levele zdobywa się bardzo łatwo i stosunkowo szybko – sam pamiętam jak obserwowałem poczynania mojego brata w Diablo i wtedy byłem pod wrażeniem jak szybko z poziomu 1 rozwinął swoją postać do poziomu bodajże 70 któregoś. Na tym etapie stawiane są przed graczem odpowiednie przeszkody np. bossowie na końcu planszy, albo zdobycie odpowiednich punktów doświadczenia lub surowca, które jednak są bardzo proste do pokonania/osiągnięcia po dłuższym lub krótszym namyśle, czy wręcz odruchowym napierdzielaniu w odpowiednie przyciski. Stawianie łatwych przeszkód na początku ma jeden cel – wzbudzenie poczucia satysfakcji (nagrody) z pokonanej trudności poprzez pobudzenie mózgu (a dokładniej w neuronów i komórek rdzenia nadnerczy) do produkcji wspomnianej wcześniej dopaminy. Kolejne, pokonywane poziomy wzmagają produkcję dopaminy od której organizm się uzależnia, czyli jest po prostu na haju.

I co się wtedy dzieje? Twórcy gry stawiają przed graczem problem, który znacznie ich przerasta, a wydłużający się czas jego rozwiązana wzmaga „głód sukcesu” i dysforii (przeciwieństwo euforii). Są nawet takie paskudne i bezwzględne gry gdzie użytkownik w momencie śmierci traci całkowicie swój dotychczasowy dorobek czy ekwipunek i musi zacząć wszystko od początku.  Gracz zazwyczaj ma wtedy 3 opcje – albo  będzie próbował tak długo aż mu się uda, albo znajdzie ukryty gdzieś w nieznanym nikomu miejscu odpowiedni przedmiot, który znacząco ułatwi mu pokonanie przeciwności i kolejny awans. Jednak kolejne próby nie przynoszą rezultatu, a tego cholernego artefaktu nigdzie nie ma. Frustracja narasta, a silna potrzeba bycia ciągle na haju rośnie i rośnie.  I tutaj autorzy gier wychodzą naprzeciw potrzebom wymęczonego gracza – może on sobie dosłownie kupić „coś” co mu pomoże pokonać tego cholernego wrzoda na dupie z jakim się zmaga od jakiegoś czasu i pozwoli wkroczyć tryumfalnie na następny level. Oczywiście kupno nie jest już dokonywane za pomocą jakiś wyimaginowanych środków płatniczych tylko za realną kasę. Osobiście mam kolegę, który kupił sobie super czołg w świecie wirtualnej wojny za ponad 150zł…

Dla nas jako ludzi jednym z najgorszych uczuć jest uczucie starty zwłaszcza jeśli na coś ciężko pracowaliśmy lub poświęciliśmy temu mnóstwo czasu. Tyle czasu, że aż zaczęliśmy się z tym utożsamiać i jesteśmy gotowi ponieść ogromne koszty, aby odzyskać to co straciliśmy, albo nie pozwolić sobie na stratę.

Do czego zmierzam? Czasem trzeba wykonać krok w tył, żeby wykonać dwa kroki w przód. Jednak często nie jesteśmy w stanie tego dokonać, bo jesteśmy przywiązani lub raczej częściej przyzwyczajeni do naszego dotychczasowego „dorobku”.

Nakręceni tym co było, dalej brniemy w ślepą uliczkę. Mamy swoje życiówki, wypracowane treningami i licznymi startami, które jednak doprowadziły do przeciągającej się kontuzji. Pijemy mleko, które jednak nie ma nic wspólnego z tym mlekiem, które kojarzy nam się ze smakiem dzieciństwa i dodatkowo wywołuje u nas nietolerancje. Nie robimy progresu, ale nadal będziemy męczyć te same ćwiczenia, bo tak zawsze było. Nie odpuścimy ani jednego z 5-6 treningów w tygodniu mimo, że badania wskazują na skrajne zmęczenie organizmu. Nadal wrzucamy w siebie śmieciowe żarcie, bo nic do tej pory nam nie było, choć wiemy, że nasz organizm to nie zsyp na odpady, żeby wrzucać do niego co popadnie.

Otwarty umysł to taki, który jest gotowy na zmiany mimo, że to niejednokrotnie oznacza porzucenie dotychczasowych osiągnięć czy doświadczeń, nawet tych zdawałoby się przyjemnych i efektownych…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *