Definicja sportu amatorskiego.

Od dłuższego czasu nęciło mnie, żeby coś napisać. Pojawiają się kolejne tematy, robię notatki, ale tak jak to zauważyliśmy z Bartkiem Olszewskim – życie wciąga i czasem lepiej jest z nim płynąć ogarniając sprawy bieżące, a innym sprawom, choćby nie wiadomo jak przyjemnym dać poczekać…

Wracając do samego wpisu, choć raczej w formie notki. Impulsu do napisania tych paru słów dał mi jeden mem wrzucony na profilu T-nation.com z tekstem, który mówił, że sukces jest pochodną miłości do samego procesu i skupienia się zawsze na tym, żeby stawać się coraz lepszym.

Moim zdaniem powinna to być definicja sportu, czy tam treningu amatorskiego – nie nastawiam się na wynik, ale nastawiam się na to, żeby być zdrowszym, mocniejszym, szybszym, itd. (wstaw dowolne) niż dzień lub chwilę wcześniej. Nie mam presji wyniku, więc czerpię radość i przyjemność z samego procesu. Trening nie jest musem, nie trzymam się sztywno napisanego planu – jeśli tak czuje lub mam ochotę, kończę po 30 minutach zaplanowany na 2 godziny trening. Taka postawa pomaga mi, żeby… skupić się na sobie. Na tym jak moje ciało reaguje na trening, czy gdzieś nie pojawia się ból, który może być początkiem czegoś gorszego i  w późniejszym czasie nie pozwoli cieszyć się treningiem. Nie muszę stricte pilnować jednostek treningowych, bo zbliża się dzień startu, ale zawsze będę gotowy do spontanicznego startu, bo nie oszukujmy się amatorzy trenujący pod wyniki typu złamanie 40min na dychę, bezpieczne złamanie 4h w maratonie czy start w ultra to już nie jest amatorszczyzna. Takie zorganizowane treningi wymagają rytmu dobowego, tygodniowego, czy wręcz miesięcznego podporządkowanego bardziej treningom, a życie wiadomo jakie jest – nieprzewidywalne.

Zawsze parafrazuję słowa trenera Danielsa – w pierwszej kolejności jesteś mężem (żoną, kochanką – wstaw dowolne), potem ojcem (matką, itp. – wstaw dowolne), pracownikiem na etat (wstaw dowolne zajęcie), a dopiero na końcu biegaczem, lifterem, crossfiterem itd. Zamiast czerpać radość np. z porannego joggingu, na chama staramy się dopchnąć nasz grafik tak, żeby wykonać rozpisaną jednostkę treningową co z czasem powoduje, że nasz kortyzol wypierdala w górę i leci poza horyzont, a my operujemy na ciągłym wkurwieniu , by po chwili ze zamęczania wbijać głową gwoździa w biurko podczas szychty.

Poza tym zawodowcom się płaci za czas poświęcony na treningi i regenerację, a szkody wyrządzone przez uprawieniu sportu są naprawiany lub minimalizowane (patrz zastrzyki przeciwbólowe dla Ronaldo przed finałem z Francją na MŚ ’98) przez cały cały sztab fachowców. A ilu z nich po karierze sportowej nie poradziło sobie w życiu zostając zepchniętymi na margines społeczeństwa i będąc zapomnianymi? W tym miejscu romantyczność zostaje zabita przez rzeczywistość, a wartości sportowej rywalizacji stały się warte tyle co pobierany zasiłek. Świadomość życia i romantyczna pasja muszą iść w parze.

Żeby jednak być lepszym niż wczoraj zawsze będzie potrzebny plan, ale plan skrojony nie według ambicji czy chwilowych zachcianek, ale skrojony na miarę tego na jakim etapie naszego sportowo-fizycznego rozwoju jesteśmy, ile mamy czasu dla siebie itd. I tu jest ukryty kolejny powód do satysfakcji i radości – w tym wszystkim szukam siebie, najlepszych i najkorzystniejszych dla siebie rozwiązań, bo tak naprawdę każdy trener, ekspert lub internetowy spec ma swoje patenty, które stara się sprzedać i nie wiadomo czy okażą się one skuteczne.

Podsumowując, czy powinieneś trenować, dajmy na to, pod konkretny wynik w biegu na 5km? Nie, ale powinieneś trenować tak, żeby przebiec go szybciej niż ostatnio i ciesz się przy tym samym treningiem i… czasem na szeroko pojętą regenerację 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *